Moje korzenie i rodzinne wyzwania.
Jestem typowym facetem jakich miliony w kraju. Nie mam spektakularnej historii sukcesu ale wiem, jak to jest żyć z poczuciem, że coś w Tobie jest nie tak. Nawet wtedy, gdy się starasz, a życie nie idzie zgodnie z planem.
Pochodzę z przeciętnej, zwykłej rodziny. Jedno z moich rodziców (dla anonimowości nie wnikajmy czy chodzi o mamę/tatę) zmaga się z ChAD i schizofrenią, odkąd pamiętam. Choroba pojawiła się, gdy miałem około 3 lata, więc z mojej perspektywy była „od zawsze”.
Schorzenie miało wpływ (w zasadzie wciąż ma) na wszystkie relacje - rodzinne i społeczne. Tworzenie w głowie alternatywnych wersji wydarzeń, łączenie nieistniejących "faktów" w pozornie logiczne, ale bardzo dziwne teorie. Dla zdrowego człowieka absurdy - dla osoby chorej realne wydarzenia.
Przez to od zawsze musiałem być dyplomatyczny, unikać mówienia wszystkiego wprost, omijać prawdę. Oczywiście jako młody chłopiec nie wiedziałem za bardzo co mogę a czego nie, z czasem jednak robiłem to już intuicyjnie. Moja relacja z chorym rodzicem od początku była w dużym zakresie oparta na kłamstwie. Mimo wszystko kocham i wiem, że choroba nie wybiera.
Drugi rodzic, z tego co wiem, przez lata zastanawiał się, czy odejść. Został - głównie dla nas, dzieci. Pracował dużo, żebyśmy mogli jakoś żyć. Choć nie mieliśmy kokosów, to wieczorami znajdował czas, by się z nami pobawić, pograć. Jestem za to wdzięczny, a wiem, że łatwo nie miał. Najbardziej jednak zżyłem się z rodzeństwem, to głównie między sobą mogliśmy otwarcie rozmawiać o sytuacji w domu.
Trudności w szkole i ucieczka w uzależnienia.
Chory rodzic często trzymał nas w "komfortowym kloszu dla naszego dobra". Myślę, że to częściowo dlatego brakuje mi dziś poczucia bezpieczeństwa. Czuję w sobie głęboko zakorzenione lęki - mimo terapii nigdy nie udało się ich do końca wyeliminować. Myślę, że w pewnej formie pozostaną one ze mną już na zawsze, choć ciekawy jestem czy pieniądze i własny dach nad głową nie byłyby skutecznym rozwiązaniem. Brak stabilnej sytuacji finansowej to bardzo żyzna gleba dla lęków różnego rodzaju.
W szkole szło mi słabo - połączenie lenistwa, prokrastynacji i braku wiary w siebie. Czułem, że nie potrafię się uczyć ani nauczyć, w związku z czym szkoła nie była przyjemnym doświadczeniem, a moja samoocena była na niskim poziomie. Dzięki internetowi i młodzieńczej fascynacji, bardzo szybko uzależniłem się od pornografii, która stała się moją odskocznią, ucieczką od rzeczywistości. Dawała chwilowe poczucie ekscytacji i pewnego bezpieczeństwa, ale koniec końców przyniosła problemy z koncentracją, erekcją oraz dopaminą i odczuwaniem przyjemności.
Problemy z pieniędzmi i szkoła, w której czułem się gorszy.
Z kasą było kiepsko, zatem w szkole często śmiano się z moich ciuchów albo z tego, że nie mam podręcznika tylko wydrukowane kartki. Żeby oddać sprawiedliwości, ja też bywałem paskudny, więc karma się należała. Zawsze natomiast frustrowało mnie, że dzieciaki z bogatszych rodzin mogą mnie poniżać tylko dlatego, że mają więcej - mimo że w żaden sposób na to nie zapracowały.
Żeby to jeszcze byli tylko uczniowie… Ale pewnego dnia, chyba w czwartej klasie, gadając z kolegą z ławki, za karę zostałem wywołany do tablicy. Miałem na sobie koszulkę z lekko przybrudzonym miejscem, takim które już nie schodzi, nawet po praniu. Pamiętam ją do dziś. Była też trochę pognieciona - jak to u dzieciaków. Na pytanie nie znałem odpowiedzi, co nauczycielkę zdenerwowało. Wystawiła ocenę niedostateczną, po czym powiedziała:
"Jak Ty przychodzisz na moje zajęcia? Brudna i pognieciona koszulka, za małe spodnie. Ty w ogóle przeglądasz się w lustrze? Siadaj."
Z oceną się zgadzam, zostałem ukarany za gadanie, ale ten tekst... Było to tak dawno temu, a ja pamiętam wciąż jak tam stoję, jak cała klasa ryje ze mnie. To był pierwszy raz, w którym ktoś tak bardzo poniżył mnie publicznie. Od tamtego czasu, już do zakończenia nauki w wieku 20 lat, zawsze (pomijając kilka przypadków) gdy miałem podejść do tablicy a nie byłem pewny odpowiedzi - od razu z ławki odpowiadałem, że nie wiem. Gdy nalegano abym wstał, odpowiadałem, że po co, skoro nie wiem. Dostawałem za to jedynki, czasem uwagi - najważniejsze jednak było to, aby nie iść na środek.
Praca, zdrada i początek rozwoju osobistego.
Strach przed porażką i poniżeniem powodował unikanie różnych wyzwań w późniejszym życiu. Lata szkolne mijały, ja dorastałem, maturę zdałem - acz bez specjalnie dobrych wyników. Przyszedł moment, w którym udało mi się poznać dziewczynę i zbudować związek. Przez kilka lat było całkiem fajnie, dużo nowych doświadczeń. Jednak i tu uwidoczniły się moje problemy, zarówno te łóżkowe jak i związane z charakterem. Krótko mówiąc, nie byłem materiałem na kogoś, kto będzie w przyszłości dobrze prosperował. Finalnie, niestety - zostałem zdradzony. Do dziś pamiętam to uczucie, ten moment, w którym się dowiedziałem.
Mniej więcej w tamtym czasie poszedłem do swojej pierwszej pracy, typowa robota na budowie jako młody, który nic nie potrafi. Trafiłem tam na paskudnych ludzi. Ta praca była na swój sposób przełomowa, szybko mi uzmysłowiła, że muszę coś zrobić żeby poprawić swoje życie. Nie wyobrażałem sobie tak pracować całe życie.
Zacząłem się rozwijać, uczyć, zdobywać nowe umiejętności. Nie było mnie stać na studia, więc uczyłem się sam. Chciałem udowodnić sobie, że dam radę. Przeglądałem różne fora rozwojowe oraz te typowo dla mężczyzn. Siłą rzeczy wpadłem w środowiska red/blackpill. Na początku było w tym coś wartościowego - dbałość o siebie, praca nad sobą, rezygnacja z kobiet, by skupić się na rozwoju. Paradoksalnie, to rozstanie, mierna sytuacja finansowa i gówniana praca okazały się momentem przełomowym.
Zrozumiałem też dlaczego zostałem zdradzony, byłem zbyt bierny życiowo i kiepski w łóżku. To bolało - ale dawało impuls do zmiany. Niestety zdrada uczyniła mnie bardzo podatnym na materiały walczące z kobietami, w związku z czym przesiąkłem mizoginią, która dominowała na forach w klimacie czerwonych i czarnych pigułek. Nawet nie zauważyłem, kiedy zaczęła się we mnie sączyć nienawiść.
Marzenia, pracoholizm i początki depresji.
To był czas, gdy bardzo dużo pracowałem. Coraz rzadziej widywałem się z ludźmi, traciłem życiowy balans. Coraz częściej odpuszczałem spotkania - wolałem pracować. Bardzo chciałem zacząć dobrze zarabiać i poprawić słabą sytuację finansową. Były wzloty i upadki, czas mijał, starałem się ale wciąż nie byłem usatysfakcjonowany z rezultatów na mojej ścieżce zawodowej. Obiektywnie rzecz ujmując, nie układało się to wszystko zbyt dobrze.
W pewnym momencie podjąłem decyzję, że chcę zbudować coś swojego. W internecie. Nazwijmy to produktem lub usługą, nie ma to dziś większego znaczenia. W każdym razie, w tamtym momencie czułem, że to może być mój „game changer”. Motywacja była, energii, czasu i wiary również nie brakowało. Czułem, że ten projekt zmieni moje życie i w końcu zacznie się układać.
Miałem co nieco oszczędności, byłem gotów rzucić pracę i żyjąc absolutnie minimalnie - działać codziennie, od rana do nocy. Piątki, święta, bez wyjątków. Wierzyłem, że warto. Myślałem, że później sobie to wszystko wynagrodzę. Niestety, w miarę upływu czasu zacząłem się całkowicie zatracać. Pracoholizm pełną parą. Powtarzałem jednak, że robię coś swojego i dla siebie, warto! Ten trudny czas uprzyjemniałem sobie pornografią i niekoniecznie wartościowym jedzeniem. Mój nastrój pogarszał się z tygodnia na tydzień, popadałem w depresję, coraz głębszą i głębszą - choć wtedy jeszcze tego nie zauważałem.
Zaczęły się klasyczne objawy, przestawałem dbać o higienę, potrafiłem nie myć się przez kilka dni. Moje życie ograniczało się do prostego schematu: praca - sen - praca - sen. W pewnym momencie zaczęło dochodzić do mnie, że marzenie o własnym produkcie oddala się, oszczędności topnieją, a ja po prostu nie dam rady tego zrobić. Brakowało umiejętności, zasobów, odpowiedniej analizy. Moja reakcja? Jeszcze więcej pracy, byłem jak w transie... Powtarzałem na głos jakieś motywacyjne pierdoły, że odpowiednia wytrwałość musi zakończyć się zwycięstwem, że każdy kto prawdziwie chce i działa, prędzej czy później ugra swoje - tak przecież mawiali rozmaici "kołcze".
Nowe miasto, nowy start, stara samotność.
Motywacja motywacją, nastał jednak dzień, w którym pieniądze się skończyły. Chociaż bardzo nie chciałem, a ego błagało o litość, musiałem się poddać i przyznać przed samym sobą, że nie dowiozłem i co gorsza - zaorałem półtora roku własnej egzystencji. Bez żadnych owoców ma się rozumieć. Nigdy nie byłem tak bardzo wykończony psychicznie i fizycznie, tak bardzo wyalienowany i samotny. Czułem, że muszę gdzieś zacząć od nowa, ale nie w tym samym miejscu, potrzebowałem tlenu, świeżej krwi.
Przeprowadziłem się, całkowicie w ciemno, bez pracy i z bardzo cienkim portfelem. Szczęśliwie znalazłem nową pracę, w dodatku wśród ludzi. Pomogło w niewielkim stopniu gdyż już wtedy potrzebowałem terapii i leków - chociaż po prawdzie to i tak nie miałbym na to pieniędzy. Z czego jednak cieszyłem się najbardziej to z pracy wśród ludzi, po prawie 2 latach spędzonych niemalże samotnie w pokoju, bardzo tego potrzebowałem.
Niestety, dosłownie kilka tygodni później przyszła pandemia, a wraz z nią kolejne długie miesiące spędzone samotnie w małej, starej i ciemnej kawalerce. Covidowy czas dał się ogromnie we znaki wielu firmom, co bardzo utrudniło poprawę sytuacji finansowej. W kontekście relacji, brak życia społecznego znacząco utrudniał, a wręcz uniemożliwiał mi zbudowanie paczki fajnych znajomych. Mentalnie gniłem coraz bardziej.
Terapia, leki, nadzieja i trochę uśmiechu na twarzy.
Przyszedł dzień, w którym słońce trochę zaświeciło, wróciliśmy do biur, życie towarzyskie stało się możliwe. Dodatkowo, udało mi się zbudować pewną bliższą relację, z dziewczyną, z którą mieliśmy świetny, wspólny vibe. Stała się moją przyjaciółką, kimś dla kogo byłem ważny i potrzebny. Mogłem być szczery, rozmawialiśmy o wszystkim. To ona zachęciła mnie do terapii. A terapeuta - do sięgnięcia po leki.
Przepracowałem różne tematy, odrzuciłem mizoandrię, poprawiłem sen, zmieniłem perspektywę i zrozumiałem, że w kwestiach zawodowych nie jestem robotem a odpoczynek jest bardzo ważny.
To był taki moment w moim życiu, w którym udało mi się nieco odbić od dna, zrobić pierwszy krok w stronę stabilizacji. Znalazłem też nową paczkę znajomych, przygotowywałem się powoli do zmiany pracy na lepiej płatną. Wydawało mi się, że pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna, moje życie idzie ku lepszemu.
Nowe trudności i utrata nadziei.
I miałem rację - wydawało mi się. Po lepszym okresie, który trwał przez około rok, wszystko znowu zaczęło się walić. Podczas poszukiwań nowej pracy zderzyłem się z brutalną rzeczywistością, z jaką nie miałem do czynienia za mojego życia. Nigdy wcześniej szukanie pracy nie powodowało degradacji mojej samooceny w tak dużym stopniu. Dodatkowo, paczka znajomych częściowo się rozleciała a w miarę upływu czasu, relacja z przyjaciółką znacząco zdystansowała. Dziś to już tylko cień tego, co było kiedyś.
Zdrowie też nie pomaga, bóle kolan, problemy ze snem, zapalenie skóry głowy, bóle żołądka, zniszczone zęby, z których jakiś czas temu koszt leczenia jednego z nich wyniósł mnie więcej niż moja pensja...
Znowu powitała mnie całkowita niewiara w siebie, myśli o byciu nieudacznikiem. Brak nadziei, że kiedykolwiek wyjdę z biedy. A czas niestety leci, nie jestem już młodym 20 latkiem. Chciałbym kiedyś założyć rodzinę, ale światełka w tunelu nie widzę. Nie mam partnerki, pieniędzy i mieszkania. A na to ostatnie uzbierać nie potrafię.
Widzę swoje życie jako sfrustrowanego, samotnego i biednego starego faceta. Szczerze mówiąc, to na dzisiaj nie chcę mi się już żyć. Nie widzę sensu. Gdyby nie strach przed bólem oraz świadomość cierpienia moich rodziców to myślę, że nie byłoby mnie już tutaj.
Co teraz?
Wróciłem na farmakoterapię i leki w jakimś stopniu powodują, że staram się jeszcze, próbuję, ale na ten moment wielkiej różnicy nie ma. Nie wiem jak to wszystko się skończy. Jedyne, co daje mi teraz jakiekolwiek poczucie celu, to ta inicjatywa, projekt który choć trochę zajmuje moją głowę. Nie jest komercyjny a zatem nie ma w nim presji i oczekiwań. To coś, co po prostu robię.
Zostaw kilka słów wsparcia.
Jeśli ta historia Cię poruszyła, napisz coś od siebie. Dobre słowo naprawdę ma znaczenie. Być może bohater tej historii kiedyś tu zajrzy i przeczyta, że nie jest sam. Jedno zdanie potrafi dać nadzieję, a czasem uratować życie. .
Zostaw komentarz