Dodałem nagłówki celem podzielenia tekstu dla łatwiejszego czytania i pozycjonowania strony.
Z pozoru wszystko było dobrze.
Cześć, widziałam Twój wpis na Reddit, inicjatywa dla mnie na ten moment szczególna, uznałam, że napiszę coś od siebie. Nie wiem do końca po co, chyba po prostu potrzebuję się wyżalić, choć największe emocje już nieco ucichły. A trochę też dlatego, że milczenie mojego męża prawie mi go odebrało. Nazwa strony, którą wymyśliłeś, dosłownie oddaje moje obecne myśli.
Od jakiegoś już czasu mój mąż zachowywał się dziwnie, w sensie na codzień niby normalnie, ale bywał jakiś przygaszony. Jak pytałam to zawsze odpowiadał mi to samo, że jest zmęczony po pracy. Uznawałam, że właśnie tak jest i nie drążyłam tematu, życie płynęło dalej.
Zdarzało mu się brać jednodniowe urlopy, które jak twierdził, potrzebne mu były aby odpocząć, pospać dłużej. Grał sobie wtedy często w gierki, porobił coś w mieszkaniu, a przynajmniej tak mi mówił.
Ten jeden dzień.
Około 2 tygodnie temu mój mąż wziął taki właśnie urlop na jeden dzień. Tego dnia o poranku był jakiś bardzo dziwny. Z jednej strony smutny, co mogło być wynikiem tego, że było rano. Z drugiej spytał czy wszystko u mnie dobrze i nienaturalnie mocno przytulił przed moim wyjściem do pracy. Był bardzo miły. Samo zachowanie było oczywiście słodkie, natomiast mocno nietypowe u niego tak z samego rana.
Jak spytałam co on taki nagle czuły to powiedział tylko wymijająco, że tyle się słyszy o różnych wypadkach, nigdy nic nie wiadomo, więc poczuł potrzebę, żeby mnie przytulić. Gdy to mówił, miałam wrażenie, że jego oczy lekko się szklą. Odpowiedziałam, żeby dał spokój, uścisnęłam go i dodałam z uśmiechem, że wszystko jest przecież okej.
Niepokój, który uratował życie.
Będąc w pracy zauważyłam jednak, że nie odpowiada na moje wiadomości ani telefony. Na początku nie miałam z tym problemu, uznałam, że może śpi, ale z czasem zaczął we mnie narastać dziwny lęk. Dzwoniłam do niego wiele razy, dzwoniłam również do mamy spytać czy może mąż się odzywał. Brak reakcji po godzinie 13 był dla mnie już bardzo alarmujący. W głowie dudniły mi jego poranne słowa i ten smutek na twarzy.
W pewnym momencie, pierwszy raz w moim życiu pojawiło się we mnie to gorzkie przeczucie... i ten strach... Mam w miarę luźną relację w pracy z przełożonym i poprosiłam o to aby móc natychmiast wyjść z pracy. Całe szczęście, że dojazd autem do domu zajmuje mi maksymalnie 20 minut. Przez całą drogę nie mogłam się pozbyć tego uczucia, próbowałam oczywiście dalej dzwonić. Im bliżej byłam domu tym bardziej bałam się, że zobaczę tam coś czego z całego serca zobaczyć nie chcę.
Depresja, szpital i niepewność.
Kiedy dotarłam, drzwi nie były zamknięte na patent (jak zwykle to robimy), zobaczyłam, że w łazience pali się światło. Drzwi były zamknięte, uznałam więc, że tam jest. Wypowiedziałam kilka razy jego imię aż po chwili usłyszałam jakieś jęknięcie. Zaczęłam panikować i walić w drzwi, aż w końcu je otworzył. Był kompletnie pijany, a na podłodze leżały tabletki i nóż. Bełkotał, mówił, że już nie chce żyć.
Wezwałam karetkę, zabrali go do szpitala. Od tamtej pory jest hospitalizowany. Odwiedzam go na tyle na ile się da (mąż trafił na oddział zamknięty i trzeba ściśle przestrzegać reguł szpitala) i widzę mężczyznę, którego kocham, i o którego bardzo się boję. Jesteśmy młodzi ale razem jesteśmy już wiele lat. Nie wiem, czego się spodziewać. Chce mi się płakać jak to teraz piszę.
Cichy dramat, którego nie zauważyłam.
Najgorsze jest dla mnie to, że zupełnie się tego nie spodziewałam. Nigdy bym nie pomyślała, że mój mężczyzna jest zdolny do czegoś takiego. Przeraża mnie to, że on musiał czuć się już tak od dawna. Mieszkaliśmy sobie razem, spaliśmy obok siebie i on w swojej głowie rozgrywał jakąś wojnę a ja byłam kompletnie nieświadoma tego, co dzieje się dosłownie obok mnie.
Wierzę, że to uczucie, że coś jest nie tak to jakaś intuicja, znak od Boga czy świata. Przeraża mnie to, że gdybym nie zwolniła się szybciej z pracy, to być może już by go ze mną nie było... Nawet nie chcę myśleć czy w poprzednie urlopy też coś próbował zrobić.
Proszę was, nie milczcie.
Jestem katoliczką i modlę się aby wszystko skończyło się dobrze. Jednocześnie wiem, że nie mogę oczekiwać, że wiara załatwi wszystko za mnie, muszę się nauczyć jak z nim rozmawiać, jak mu pomóc.
Autorze tej strony oraz inni Panowie, proszę Was, nie trzymajcie problemów w sobie, mówcie o swoich cierpieniach. Ja wiem, że nie lubicie się tym dzielić, mój mąż też często był na coś zły i denerwował się jak pytałam czy wszystko jest okej, mówił, że nie muszę się nad nim użalać, że da sobie radę. Gdybym ja go straciła, no nie wyobrażam sobie tego...
- Natalia
Zostaw kilka słów wsparcia.
Jeśli ta historia Cię poruszyła, napisz coś od siebie. Dobre słowo naprawdę ma znaczenie. Być może bohater tej historii kiedyś tu zajrzy i przeczyta, że nie jest sam. Jedno zdanie potrafi dać nadzieję, a czasem uratować życie. .
Zostaw komentarz